Tłumacz, podróżnik czy może mól książkowy?

Tak oto jest pytanie. A może tłumacz to po prostu tłumacz, a może filolog, a może językoznawca, a może kulturoznawca?
To jest zagwozdka raczej nie do rozwiązania. Jeśli powiem, że tłumacz to tłumacz to ktoś się na mnie rzuci z pazurami i powie, że to nie jest prawda i będzie miał rację. Jeśli powiem, że filolog to wszyscy przyznają mi rację, ale znowu nasunie się pytanie czy TYLKO filolog? Może językoznawca lub też kulturoznawca? I tu też się nie rozminiemy z prawdą. Tłumacz posiada wiedzę językową, kulturową. Bez tego jak wiemy nie ma dobrego przekładu.  Poza tym tłumacz powinien posiadać wiedzę na temat  jakieś dziedziny, w obrębie której przekłada teksty. Ten trop nas prowadzi do tego, że tłumacz może stać się molem książkowym. Ktoś powie, że przecież tłumacz zapewne korzysta tylko z literatury fachowej, słowników i  internetu. Okazuje się, że to prawda, ale z drugiej strony nic bardziej mylnego. Tłumacz by był dobrym tłumaczem powinien także dużo czytać, czytać, czytać by kształtować swój styl „tworzenia, pisania i odtwarzania tekstu (z tymże, w innym obcym języku)”.

Ponadto dobrze by było, żeby tłumacz trochę podróżował, poznawał inne tradycje, kultury, a nawet ludzi. Wtedy jego wiedza jest pełniejsza, lepsza. Poszerzanie horyzontów jest kluczową „sprawą” zawodu tłumacza. Jeśli ma się tylko taką możliwość trzeba z niej korzystać. I tym sposobem tłumacz staje się podróżnikiem.

Po przeczytaniu tej notki każdy z czytelników zapyta: kim jest w końcu tłumacz? Odpowiedź mam jedną: człowiekiem renesansu. Tłumacz jest wszystkimi tymi postaciami. Jest jedną osobą o wielu wcieleniach. I znowu warto pokusić się o stwierdzenie, że tłumacz jest artystą. Dlaczego? A mianowicie dlatego, że musi umieć połączyć siły tych wszystkich osobowości. Ta umiejętność wymaga nie lada artyzmu:)

Małe wielkie uroczystości

Pojawienie się dziecka w rodzinie jest pretekstem do świętowania. Dziadkowie cieszą się z wnuka, rodzice z potomka. Zaczynają się odwiedziny, prezenty. Każdy chce wziąć malucha na ręce, mówi do niego, pochyla się  nad nim. Dziecko staje się epicentrum towarzystwa.
W końcu trzeba zrobić jakieś chrzciny. Człowiek troi się i dwoi by wszystko wyglądało pięknie. Od tygodni planuje, kupuje. Na dzień przed wszystko trzeba przygotować a w dzień uroczystości pozostają już tylko delikatne szlify.
Przy małym dziecku wyprawienie rodzinnej uroczystości jest wielkim wyczynem. Trzeba robić wiele rzeczy na raz. Cudem jest kiedy dziecko akurat w dniu przygotowań jest grzeczne i pozwoli mamusi zrobić  wszystko co ta sobie zaplanowała. Jednak mimo tego, że dziecko jest grzeczne  wyczuwa, że coś nie jest tak, że coś się święci, że jest mniej spokojnie niż zazwyczaj. Atmosfera mu się udziela, jest podekscytowane, mniej spokojne,  nie może zasnąć, wybija się z codziennego rytmu.

W rezultacie impreza rodzinna jest stresująca dla rodziców, w szczególności dla mamy a także dla dziecka. Harmider, wiele ludzi, każdy coś mówi, każdy nosi małego człowieka  na rękach. Dziecko jest rozkojarzone, zdziwione.  Potem przez kilka dni dziecko trzeba naprawiać:) Taki urok wielkich małych uroczystości:) Wszystko co odbiega od normy jest dla dziecka trudne, nowe, pełne wrażeń.

Gejsza

Gejsza w Japonii jest to temat, który bardzo intryguje ludzi na całym świecie a w szczególności  Europejczyków, gdyż jest do dla nich bardzo egzotyczna kultura.  Inspiracją dla tej notki jest program telewizyjny o gejszach.

Dzisiaj w telewizji Martyna Wojciechowska przedstawiła świat gejsz w Kioto na przykładzie jednej młodej maiko, która   po 10- miesięcznym szkoleniu stanie się gejszą. Wywiad z Japonką i spędzenie  z nią kilku chwil umożliwiła Martynie Wojciechowskiej na wejście do tego fascynującego świata. Wcześniej taką możliwość miała Liza Dalby (antropolog i autorka książki „Gejsza”). Liza Dalby, Amerykanka  zaintrygowana kulturą Japonii była jedyną kobietą (obcokrajowcem, nie-Japonką), która została gejszą.  W zasadzie tylko rodowite Japonki mają prawo zostać gejszami. Martyna Wojciechowska mogła  tylko chwilę poczuć atmosferę  w świata gejsz. Liza Dalby mogła tego doświadczyć na własnej skórze.

Martyna Wojciechowska, podróżniczka i nieustraszona dziennikarka podjęła próbę ukazania tradycyjnej  Japonii od strony gejszy. Okazało się, że hermetyczne środowisko tychże „artystek” jest tajemnicze i po części odległe, nieosiągalne. Okazało się, że sekretny świat w dzielnicach dla gejsz tzw. hanamachi jest tajemniczy i tym samym niedostępny dla przeciętnego człowieka-turysty. Martynie tylko po części udało się złamać stereotyp, i jak sama twierdzi z trudem przełamała niechęć Japończyków, którzy dosyć opornie zgadzali się na zrobienie programu dotyczącego ich tradycji.

Martyna Wojciechowska w ciągu tej pół godziny swojego programu pokazała odrobinę ze świata gejsz. Być może udało jej się pokazać w skondensowanej formie wszystko co MY Europejczycy powinniśmy wiedzieć na ten temat. Jednakże moim zdaniem temat gejsz został jedynie tylko zasygnalizowany.  Te 30 minut programu to za mało by w pełni przekazać wszystko co dotyczy tej części japońskiej kultury.

Niezaprzeczalnym faktem jest to, że Martyna Wojciechowska przeżyła wielką przygodę w tym bajkowym świecie. Miała niepowtarzalną możliwość przeistoczenia się w gejszę  na kilka chwil. Mogła poczuć się jak one. Poczuła ciężar ozdobnego kimona, które jest bardzo ciężkie i tak samo drogie. Kimono wraz z dodatkami i białym makijażem i fryzurą jest rozpoznawalnym znakiem gejsz. Podróżniczka miała okazję zobaczyć od kuchni przygotowania maiko do bycia gejszą. Uczestniczyła w lekcji grania na bębenku, była z maiko u fryzjera.

Ponadto, udało jej się pokazać, że gejsza też jest człowiekiem, że oprócz ciężkiej pracy, której ten zawód wymaga gejsza też ma swoje zainteresowania. Mimo, że gejsza może tylko raz w miesiącu przez dwa dni być sobą, może ubrać się jak każda nastoletnia dziewczyna czy kobieta nie różni się niczym od przeciętnego człowieka.

Ciekawostką o której nie wiedziałam jest to, że pomieszczenia domów, pokoje mierzone są w matach tatami. Cóż to znaczy? W pomieszczeniach zamiast dywanów znajdują się słomiane maty zwane tatami. I mówi się, że pokój ma tyle i tyle tatami, a nie tyle i tyle metrów.

Faktycznie, odcinek „Na Krańcu świata” o Kioto jest migawką japońskiej tradycji, jest próbą odkrycia tego sekretnego świata, jest próbą ukazania kolorowej części Japonii poprzez dobór odpowiednich zdjęć i muzyki. Dzięki tym elementom widz może po części wczuć się w klimat dzielnicy gejsz. Mimo to, ta próba jest tylko próbą. Aby przeniknąć do tego  świata trzeba pogłębić swoją wiedzę czytając i oglądając inne dostępne źródła o tej tematyce.