Za wszelką cenę się wzbogacić

Autor: Zbigniew Machowski
Tytuł: Chciwość jest dobra
Wydawnictwo: Nowy świat
Wydane: 2011

Książkę do recenzji otrzymałam od wydawnictwa Nowy Świat,  za co serdecznie dziękuję.

Świat polityki od zawsze był brudny, poplątany, pełen intryg i skandali. To świat, który zwykle mnie irytuje, drażni. Od momentu, w którym ciągle pojawią się kolejne afery z uczestnictwem polityków unikam go jak ognia.  Mimo moich politycznych uprzedzeń, zapałałam chęcią przeczytania najnowszego thrillera politycznego. Można pokusić się o stwierdzenie, że będą to nudy na pudy i czytelnik wynudzi się jak mops. Pewnie ktoś sobie pomyśli, że porwała się z motyką na księżyc; nie cierpi polityki a będzie  o niej czytać. No cóż może to było zachowanie kamikadze, ale ja lubię poznawać nowe gatunki. Czasem trzeba jednak użyć tej motyki i dowiedzieć się, że nieodkryte dotąd obszary mogą przynieść wiele przyjemności.  Zatem mimo popełnionego przeze mnie szaleństwa, nie żałuję swojego wyboru. (Jeszcze raz dziękuję za możliwość przeczytania tej pozycji).
Książkę pochłonęłam szybko, bo akcja nie daje ani chwili  do wytchnienia, ani na chwilę się nie zatrzymuje i sprawia, że czytamy i czytamy, bo chcemy się dowiedzieć, co będzie dalej. Co bardzo mnie usatysfakcjonowało to, to że  autor nie wykłada wszystkich kart na stół, nie zdradza nam wszystkiego od razu. W sumie to pewne kwestie dalej pozostają otwarte i niewytłumaczone. To właśnie było tym elementem intrygującym i ubarwiającym pomysł.
Wspomniałam, że akcja gnała na przód i nie pozwoliła na odpoczynek. Zdecydowanie tak. Mechanizm lawinowy wydarzeń ruszył, ktoś pociągał za sznurki, i już wszystko potem sypało się jak domino: jedno wydarzenie po drugim. To pokazuje nam jak  jedna kwestia jest zależna od drugiej (nie tylko w polityce), chociaż może się wydawać, że wcale tak nie jest. Wszystko się ze sobą łączy i przeplata. Światy polityki, finansów i hackerów przenikają się wzajemnie.
Dlaczego jeszcze tak mi się  powieść podobała? Ano, bo ja lubię thrillery. Ten był dość specyficzny, bo polityczny, ale… Ale właśnie jak na ten gatunek przystało trzymał mnie w napięciu. Śmierć była, tajemnica, zagadka też. Kobiety, szpiedzy, programiści łamiący kody też. Było wszystko to, co możemy spotkać w amerykańskich filmach. Dla mnie to był taki film tylko, że spisany na kartach powieści. Do ostatniej strony autor pozostawiał mnie w napięciu i wzbudził mój apetyt. Chcę więcej takich powieści, a na pewno sięgnę po kolejne pana Zbigniewa Machowskiego.
A co z polityką? Była. I o dziwo nie męczyła, żadne słowo nie było wymuszone. Jeśli w taki sposób jak w książce byłaby przedstawiana (mam na myśli, że krótko, zwięźle i na temat) to pewnie zostałabym politologiem.
Jeśli już jesteśmy przy kwestii językowej. To autor posługuje się dość ostrym, ciętym językiem, co również nadaje tempa i tekst tylko śmiga przed oczami czytelnika.  Była to dla mnie zdecydowanie uczta czytelnicza. Mój mól książkowy w pełni jest zadowolony.
O czym tak naprawdę jest „Chciwość jest dobra”. Jest o żądzy pieniądza, o miłości, o chęci władzy, działaniach agentów. Rosyjski porucznik dostaje zadanie. Musi namówić Amerykanów by podejmując odpowiednie działania podnieść cenę ropy i gazu oraz musi pokrzyżować Polakom plany ich uniezależnienia się od Rosji i ich gazu. Jednak, wszystko nie poszło tak gładko i prosto, jak początkowo przypuszczano. Przypadkowi ludzie giną, przypadkowi ludzie dostają informacje, o których nie powinni mieć bladego pojęcia. Czy Polska się uniezależni, czy Ameryka połknie haczyk, a Rosja utrzyma swoją dotychczasową pozycję?
Jeśli chcesz zobaczyć kto i dlaczego dąży po trupach do celu, to musisz koniecznie sięgnąć po tę lekturę. Na pewno wśród Was znajdzie się koneser takich pozycji. Zapraszam do literackiej uczty.

Moja ocena: 5/6

Kolorowe „Służące” na ekranie

Poszłam za ciosem i wczoraj obejrzałam „Służące” na kolorowym ekranie zajadając się słodkościami, bo przecież święta.
Jako że byłam świeżo po lekturze, łatwiej było mi wyłapać różnice.  Nie chcę Wam opowiadać o czym był film i jakie różnice znalazłam, bo to nie jest żadna naukowa rozprawa. Chciałabym tylko podzielić się z Wami moim odczuciami.
Po pierwsze film oglądało mi się dobrze, równie dobrze jak czytało mi się książkę. Co było dla mnie nieoczekiwane to to, że  podobnie wyobrażałam sobie postaci. Rzadko mi się zdarza, żeby odczucia tego, co przeczytałam były zbieżne z filmem.
Tym razem „Służące” filmowe spełniły moje oczekiwania, które przed nimi postawiły moje wrażenia z książki. Obsada w pełni podołała zadaniu,  a reżyser historię Kathryn Stockett zaadaptował  całkiem zgrabnie. Ogólne wrażenie jest zdecydowanie bardzo podobne, nawet jednakowe, do tych książkowych (mimo różnic). Jednak to nie zmienia wiele. Film przekazuje nam to samo, co autorka chciała nam powiedzieć w swojej powieści; dowiadujemy się jakie życie wiodły kolorowe służące w stanie Missisipie w latach 60.
Hilly, jedna z postaci, drażniła mnie tak samo jak w książce. Tam gdzie książka mnie wzruszyła, podobnie podziałał na mnie kolorowy ekran. Książka nie była cukierkowa i ckliwa, film też nie był przesłodzony. Dla mnie wszystko było w sam raz i zapewne sięgnę po kolejne powieści tej pani, a jeśli na ich podstawie zostanie nakręcony film to również nie omieszkam go obejrzeć.
Jednym słowem obie pozycje polecam, bo zapewnią Wam przyjemne chwile.

Kolor skóry wszystko zmienia i życzenia

Najpierw chciałabym życzyć wszystkim wesołych, ciepłych Świąt w gronie rodziny.  I dużo takich 600 stron jak „Służące”, które nie pozwalają na opuszczenie chociażby jednej linijki.

Znowu trafiła mi się fantastyczna książka, od której wołami musieli mnie odciągać. Męczarnią dla mnie było przerywanie jej, ale akurat czytanie jej przypadło na okres przedświąteczny, kiedy spoczywało na mnie wiele obowiązków. Udało mi się przeczytać, a szkoda, bo chętnie bym poczytała więcej o życiu czarnoskórych służących.  W planach mam jeszcze obejrzenie filmu, więc będę miała okazje poznać bohaterki z kartek powieści tym razem na kolorowym ekranie. Już się nie mogę doczekać. Ale do sedna. Książka jest świetna. Jest to debiut, ale czyta się go przyjemnie, nie zauważa jak „lecą” strony. Jednym słowem książka ma to, czego każdy czytelnik sobie życzy. Kathryn Stockett zdecydowanie serwuje nam pozycję godną uwagi, gdyż porusza temat segregacji rasowej w latach 60 w stanie Missisipi. Ale bynajmniej nie jest to powieść historyczna, w żadnym razie. Co ciekawe, mimo wszystko,  powieść mobilizuje nasze szare komórki do wysiłku.
Autorka opowiada historię z perspektywy trzech osób. Dwóch czarnoskórych służących, Aibileen i Minny, oraz białej panienki Skeeter. Służące dzielą się z białą panienką i czytelnikami  wrażeniami ze swojego życiem i pracą u białych. Nie zawsze są wytykane placami i poniżane, ale ich życie zdecydowanie nie jest usłane różami.  Raz mają lepiej raz gorzej. Jednak któregoś dnia wraz z młodą panienką pragną podzielić się ze światem swoimi problemami. Na jaki pomysł wpadły? Tego nie zdradzę, chociaż język mnie świerzbi, żeby to uczynić.
Chcesz się wczuć w życie czarnoskórych służących, pracujących u białych, koniecznie przeczytaj. Uczta czytelnicza zapewniona. Zatem miłej lektury!

„Służące” Kathryn Stockett, wyd. Media Rodzina