Odnalezione ja

Za wyróżnienie mnie w konkursie dziękuję ślicznie samej autorce, Małgorzacie Yildirim 🙂

Zacznę od tego, że „Włoskie sekrety” czytałam w okresie przedsylwestrowym i dzisiaj skończyłam swoją przygodę z Mirandą Powell. Ta lektura, jest dość dobrą wróżbą na Nowy Rok, gdyż daję mi nadzieję, że wszystkie przeczytane książki w 2012 roku będą tak samo wciągające i inspirujące jak  ta.  Ta pomyślna wróżba prawdopodobnie zafunduje mi masę zarwanych nocy. I teraz sama nie wiem czy protestować przeciwko takim pożerającym książkom czy dać się ponieść i chodzić z podkrążonymi oczami.  Chyba mimo wszystko będę notorycznie niewyspana, więc  pozostaje mi tylko życzyć sobie więcej takich książek.
Autorce gratuluję debiutu, który tak mnie usidlił, że gdyby nie to, że czytałam go w takim gorącym okresie, bo troszkę trzeba było posiedzieć w kuchni i zająć się domostwem i jego domownikami, to pewnie bym  go połknęła na raz.  Cały dzień przebierałam nogami, żeby tylko móc sprawdzić, co się nowego wydarzy.
W związku z tym pragnę podzielić się z Wami moją opinią  i wrażeniami na temat powieści. Nie będzie to taka stricte recenzja, to będzie zbiór myśli, które spróbuję ułożyć logicznie w jedną całość, chociaż ciężko mi przychodzi, b0 kotłują się we mnie tak jak w głowie głównej bohaterki. , Mirandy.
Cóż na początek powiem, że historia, której akcja działa się we włoskim miasteczku Sorento, sprawiała, że bardzo chciałam się  tam znaleźć. Sama chciałabym odziedziczyć taką willę, poznać takich serdecznych przyjaciół jak Miranda. A nade wszystko marzyłam i nadal marzę o takiej typowo włoskiej aromatycznej kawie, której zapach unosiłby się w powietrzu jeszcze długi czas po jej wypiciu.
Kiedyś byłam we Włoszech na wakacjach i właśnie to, co pozostało w mojej pamięci to aromatyczne espresso. Sama jeszcze wtedy nie byłam w wieku, w którym mogłam spożywać kawę, więc mam przed oczami mojego tatę, który popijał ten włoski napój. Parę lat potem, w domu pijał kawę dokładnie z takiego samego urządzenia jak Miranda. Zapach był obłędny i przy czytaniu ” Włoskich sekretów”  od razu go sobie przypomniałam.
Jeśli już mowa o kawie, to  pochłanianie literek wzbudzało mój ślinotok. Moje ślinianki pracowały na wysokich obrotach, kiedy czytałam o pachnącym cieście, czy pieczeni. Momentalnie robiłam się głodna i nabierałam ochoty na kuchenne szaleństwo.  I ten głód zaowocował u mnie małą kulinarną próbą, zresztą bardzo udaną. Uwielbiam, kiedy z kart książki mogę poczuć zapach potraw i napojów, którymi delektowali się bohaterowie. Rzadko się to twórcy udaje, tutaj autorka tego dokonała.
Co do samej fabuły, wciągnęła mnie bardzo. Co ważne akcja książki nie przedstawia polskiej rzeczywistości. Skupia się na klimatach włoskich i amerykańskich, co odbiega od naszych wyobrażeń o polskiej literaturze. Odrobinę polskości się  przewija przez  książkę, ale to zaledwie szczypta, która nadaje fabule odrobinę swojskości. I dodam jeszcze,  że moje wyobrażenia o włoskich mężczyznach jest bardzo podobne. Są przystojni, namiętni, pełni porywczości, buzuje w nich gorąca krew, czasem bywają brutalni. Sama  zresztą byłam targana różnymi uczuciami, od radości, po smutek, od złości po zaciekawienie.
Kolejną rzeczą, o której chciałabym wspomnieć to wymyślona intryga, która trzymała mnie w napięciu do końca. Wszystko było owiane tajemnicą, pobudzało wyobraźnię oraz wzmogło mój apetyt na więcej. Autorka dopiero na końcu zdradza, co stało się w przeszłości i kto próbował i dlaczego ukryć tę prawdę przed światem. Plusem dla mnie było to, że nie domyśliłam się, kto stał na straży tajemnicy.   A największy stres odczuwałam, kiedy Miranda jechała samochodem do Neapolu i  odkryła, że hamulce są niesprawne. Oj dreszcze przeszywały moje ciało, szybko przebiegałam wzrokiem po zdaniach, żeby jak najszybciej zobaczyć jak skończy się przygoda.
Wielkim plusem jest dla mnie to, że mimo wielu przeciwności losu, wszystko kończy się happy endem. Miranda odnajduje swoje ja, a włoskie miasteczko staje się jej drugim domem. Ta historia napawa mnie optymizmem i zainspirowała mnie do poszukiwań samej siebie. Może też uda mi się spełnić swoje marzenia? Skoro Mirandzie się udało, to mnie też.
Chyba są to wystarczające argumenty, żeby przeczytać tę książkę. Polecam!

P.S. Może trochę chaotycznie przedstawiłam to, co chodzi mi po głowie, ale opisywałam swoje wrażenia na gorąco. Trudno o tak wrzącej od emocji powieści pisać ze stoickim spokojem.
„Włoskie sekrety” Małgorzata Yildirim, wyd. Prószyńska i S-ka

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s