„Swińskim truchtem” Joanna Fabicka

Często  ojciec czy matka nie potrafią sobie poradzić z dorastającą latoroślą. Próbują groźbą, prośbą wywalczyć sobie posłuszeństwo. „Skaranie boskie z tym dzieciakiem”- powie niejeden rodzic.  A co jeśli ów dzieciak to samo myśli o rodzicach i pozostałych członkach rodziny? Joanna Fabicka w pełni odpowiada nam na to pytanie. Zatem jeśli czujesz potrzebę poszperania w cudzym – i to w dodatku nastoletnim – życiu, to z czystą przyjemnością polecam drugą część o Rudolfie Gąbczaku.

Tytuł „Świńskim truchtem” już sam w sobie jest zabawny i chwytliwy, dający czytelnikowi nadzieję na kawał dobrej rozrywki. I rzeczywiście książka pozwala na odpoczynek podając nam  sporą dawkę śmiechu, która rozgoni wszelkie szare chmury wiszące w powietrzu.

Powieść napisana jest w tej samej konwencji co pierwsza część serii, bowiem czytelnik znowu zderza się z ironicznym poczuciem humoru z  dodatkiem inteligencji. Na twarzy gości uśmiech, a strony umykają jedna za drugą.  Po skończonej lekturze ma się uczucie dobrze i przyjemnie spędzonego wolnego czasu, który obecnie jest na wagę złota.

Rudolf musi się zmierzyć z wieloma przeciwnościami losu. Pracuje niczym wielofunkcyjny robot kuchenny, stara się godnie wejść w życie dorosłe. Stawia czoła swojemu hipochondrycznemu zachowaniu, buzującej młodzieńczej krwi, rozkwitającemu popędowi seksualnemu, rodzinie niezdolnej do egzystencji, rodzicom nieprzystosowanym do swojej roli (bo zawsze to on musi gasić pożar w momencie krytycznych sytuacji), babci, której stan umysłowy pozostawia wiele do życzenia, chociaż czasem można zaobserwować u niej przebłyski normalności. Czy  jednak uda mu się podołać tym wyzwaniom, które przed nim stoją?

Warto zauważyć, że bohater w swoim pamiętniku porusza  także ważne tematy polityczne jak wejście Polski do Unii Europejskiej, czy kwestia wysłania polskich żołnierzy do Iraku. Nie są to długie wywody polityczne, ale raczej krótkie wzmianki napisane z lekkim przymrużeniem oka pozwalające na poznanie poglądów głównego bohatera.

Na łopatki rozkłada mnie wizyta Rudolfa i jego psa Opony (swoją drogą dość oryginalne imię dla zwierzaka) u azjatyckiej pani weterynarz, która mówi po polsku aczkolwiek ten polski, tylko pozornie przypomina nasz ojczysty język. To wydarzenie jest tak sugestywne, że od razu przypomina się  skecz z Kabaretu Ani mru mru „Klient nasz pan”, gdzie w restauracji pracuje Azjata i próbuje dogadać się klientem, bądź scena z filmu „Dzień Świra”, kiedy to Adaś Miauczyński poddany jest zabiegowi akupunktury.

Na drugim miejscu – zaraz po wizycie u weterynarza – plasuje się  remont łazienki. Przychodzi fachowiec, kładzie płytki. Spartaczył robotę i reklamacji nie przyjmuje. Dokładnie z życia wzięte. Ten fragment powieści doprowadza czytelnika do łez, chociaż są to gorzkie łzy, które ukazują rzeczywistość . Jeśli planujecie remont, to nie angażujecie do tego pana Miecia (wybitnego specjalisty od glazury), bo to strata czasu i pieniędzy.

„Świńskim truchtem” to powieść dobra zarówno dla dorastających jak i już dorosłych kobiet i mężczyzn. Dobrze jednak zacząć przygodę z szalonym nastolatkiem od pierwszej części, bo autorka odwołuje się do wcześniejszych wydarzeń z życia bohatera.

 

Ocena: 4/5

Recenzję możecie znaleźć również na (kliknij  w logo):

Wybuchowy dziadek

Autorka: Jonas Jonasson
Tytuł: Stulatek który wyskoczył przez okno i zniknął
Wydawnictwo: Świat Książki
Wydane: 2012

Za książkę dziękuję portalowi nakanapie.pl

Sto lat to piękny wiek.  Każdy by chciał dożyć tylu lat w zdrowiu i świetnej formie. Główny bohater powieści Jonasa Jonassona, Allan Karlsson  dostąpił tego zaszczytu.  W dniu swoich  setnych urodzin wyskoczył z okna domu spokojnej starości.  To nie było miejsce dla niego. Nawet w tym wieku nie potrafił nigdzie zagrzać miejsca. Przez całe stulecie ani chwili się nie nudził, a na późną starość nie zamierzał zwolnić ani na chwilę.

Czytelnik też nie zwalnia. Połyka stronę za stroną. Od czasu do czasu uśmiecha się, czasem skupia  się intensywnie by nadążyć za wydarzeniami. Daje się uwieść autorowi i nie spocznie dopóki  nie dowie się jak skończy się cała historia.  A kończy się dość nieoczekiwanie, zupełnie  odwrotnie niż można przypuszczać.

Allan Karlsson to sympatyczny staruszek, który nie traci poczucia humoru.  W całym swoim życiu imał się różnych zajęć.  Od konstruowania bomb,  przymusową pracę w obozie, po bycie tłumaczem ambasadorki Indonezji.  Nikt by nie uwierzył, że potrafił przemierzyć pół świata na piechotę i na wielbłądzie.  W swoim przy długim życiu poznał wiele ważnych osobistości: Stalina, Trumana, Zedonga.  Każdy kontakt potrafił obrócić na swoją korzyść, każdą sytuację nagiąć do swoich potrzeb. Z  najgorszych opresji wychodził obronną ręką.  Tryskał wigorem, nie grzeszył sprytem i nadal korzystał z życia. Niejedna z jego przygód sprawiła, że na twarzy czytelnika pojawiło się zdziwienie. Gdyby książka liczyła sobie więcej niż 400 stron, to kto wie, do czego jeszcze zdolny by był niepozorny staruszek.
Literatura skandynawska, która  obecnie jest dość popularna, intryguje, pociąga, czasem zniesmacza i rozśmiesza.  „Stulatek który wyskoczył z okna i zniknął” ma wszystko to, czego przeciętny  czytelnik potrzebuje, by móc rozerwać się wieczorem.  Jest to kawał dobrej literatury.  Zatem  bez wahania polecam tę książkę, bo jest to świetna pozycja, która wspomoże w czasie chandry.

Moja ocena: 6/6

Recenzję można także znaleźć w serwisie nakanapie.pl (KLIK)

Wielki świat polityki

Autorka: Javier Moro
Tytuł: Szkarłatne sari
Wydawnictwo: Świat Książki
Wydane: 2011

 Serdecznie dziękuję za egzemplarz wydawnictwu Świat Książki.

Nazwisko Javier Moro kolejny raz przyciągnęło mnie jak magnes. Gdy tylko dowiedziałam się, że w Polsce wydano następną książkę  to zapałałam chęcią jej posiadania.  Muszę kiedyś skonfrontować wersję oryginalną z polską, tak z czystej ciekawości.
Poprzednia powieść tego autora („Hinduska miłość) zabrała mnie w podróż do bajkowych Indii, pełnych przepychu i bogactwa. To była piękna książka, dzięki której  przeniosłam się do  zupełnie innego świata, poznałam kolejne oblicze orientalizmu.  I właśnie wszystko to sprawiło, że  z przyjemnością spędziłam czas ze  „Szkarłatnym sari”.

Na okładce zapewniano mnie, że  poznam losy Sonii pochodzącej z niezamożnej, włoskiej rodziny, która wychodzi za mąż za bogatego młodego chłopaka z Indii. Od razu skojarzyłam ten motyw z wcześniejszą powieścią. Jedyna różnica to taka, że w „Hinduskiej miłości”  młoda kobieta Hiszpanka za męża pojęła maharadżę.  Pomyślałam: „pewnie nic nowego mnie nie spotka”, ale. Ale właśnie… już po paru pierwszych stronach odkryłam, że  to było mylne wrażenie.

Zostałam uraczona ciekawą i smakowitą historią o rodzie Nehru-Gandhi opartą na faktach. Do tej pory nie miałam okazji dowiedzieć się więcej na temat polityki prowadzonej w Indiach, a i też specjalnie się tym nie interesowałam. Jednak za długo z tym zwlekałam.  Dobrze, że udało mi się naprawić ten błąd.

Polityka Indii- przynajmniej ta opisana przez Javiera Moro- nie różni się niczym od tego, co się dzieje na świecie. Ten świat jest tak samo brudny, zakłamany, pełen korupcji, nienawiści i dołków kopanych pod jednymi przez drugich jak w innych częściach naszego globu ziemskiego.  A przez to wydaje się być taki rzeczywisty i prawdziwy.  I niestety  a może stety wciąga jak narkotyk (zarówno czytelników jak i  bohaterów), bo nie można przestać się nim interesować. Zżyłam się z postaciami, z napięciem śledziłam losy indyjskiej pani premier Indiry Gandhi, później jej syna Rajiva, który musiał podjąć się kierowania krajem, mimo iż to zajęcie i odpowiedzialność nigdy nie były jego marzeniem.

Oprócz polityki czytelnik ma okazję poznać odrobinę tradycji indyjskich, życia w biednych Indiach, przepychu w jakim żyją osobistości na wysokich stanowiskach. Ten klimat, tysiące kilometrów dzielące działają na wyobraźnię odbiorców.  Jestem zauroczona Indiami i pewnie sięgnę jeszcze po książki o tej tematyce.

Jest to dla mnie pozycja do delektowania się i do powracania, by przypomnieć sobie losy bohaterów, od których zależy funkcjonowanie całego kraju.  Za każdym razem pewnie  odkryje się coś nowego.  I na pewno nie jest to nudna  książka historyczna z suchymi faktami.  To całkowicie coś innego niż fakty, to powieść o uczuciach, wartości rodziny i polityce, która jest na pierwszym planie- od pokoleń- w rodzinie Gandhi. Polecam, bo czasem warto poznać obcą dla nas kulturę, która wielu już zainteresowała i zainspirowała do tworzenia fascynujących historii.

Moja ocena: 6/6