A jednak marzenia się spełniają

Autor: Aisling Juanjuan Shen
Tytuł: Serce tygrysicy
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Wydane:  lipiec 2012

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Powiedzenie, że życie pisze najlepsze scenariusze okazuje się bardzo prawdziwe.  Samo życie tworzy historie, które potrafią  zadziwić, zszokować, a nawet zniesmaczyć.  Życiorys  Chinki, uparcie dążącej do sukcesu, zainteresował mnie i nie pozwolił mi przerwać lektury. Zresztą azjatycki klimat, to dla mnie zawsze nie lada gratka.   Orient i egzotyka tej części świata zawsze mnie przyciąga. Nie przejdę obojętnie obok takich pozycji.

Zdecydowanie uwielbiam zagłębiać się w historie, które zabierają nas w inną, często nawet bardzo ciężką rzeczywistość. „Serce tygrysicy” nie opowiada o bajkowym życiu, nie przedstawia nam nieskazitelnych osób. Za to pokazuje postaci z ich wadami i ciemnymi stronami. Dzięki temu wszystko staje się takie realne i nie jest przesłodzone. Nie ma  słodyczy, za to są gorzkie chwile, z którymi Aisling  Shen musi sobie poradzić.

Zwykły kopciuszek z biednej rodziny, powoli pnie się po drabinie swojej egzystencji. Stopniowo dąży do celu, który postawiła sobie wiele lat temu. Nie zawsze udaje jej się osiągnąć, to czego chce, ale mimo to los szykuje dla niej wielką niespodziankę. Tylko upór, splot różnych wydarzeń  i przypadkowo poznani ludzie na zawsze mogą odmienić jej sytuację życiową.

Cóż to  wszystko sprawiło, że totalnie wsiąknęłam i nie mogłam rzucić książki w kąt. Przyjazny język  i niebaśniowa atmosfera zachęciła mnie do lektury. Nie było sielanki ani wielkich uniesień. A jednak,  powieść napawała mnie nadzieją i faszerowała dobrą energią dając mi siłę do działania i czynienia zmian w moim prywatnym życiu

Jeśli masz ochotę poczytać o losach kobiety, które nie jest usłane różami to  koniecznie przeczytaj tę książkę. Naprawdę warto! Gwarantuję, że spędzisz miłe chwile z przebojową Chinką. A może zaczerpniesz z tej historię odrobinę siły napędowej, która pchnie Cię do zmian? Bo może właśnie to dzięki nim podniesiesz się i z stawisz czoła wielu przeciwnościom, które czyhają na Ciebie na każdym rogu?

Moja ocena: 5/6



Reklamy

„Pensjonat na wrzosowisku” Anna Łajkowska

W letnie wieczory często czujemy przemożną chęć sięgnięcia po lekką, niezobowiązującą lekturę. Może być  nawet mało odkrywcza, czasem nawet przewidywalna, ale jeśli za oknem panuje upał, który staje się nie do wytrzymania, będzie to idealny sposób na odrobinę przyjemności. Dodatkowo chłodny, angielski klimat panujący na kartach powieści ochładza nasze ciało i umysł. Zatem czasem warto sięgnąć po coś zupełnie niewymagającego, takiego jak „Pensjonat na wrzosowisku” Anny Łajkowskiej.

Basia, kobieta zmęczona życiem, macierzyństwem i mężem ucieka od codzienności i wyrusza do krainy sióstr BrÖnte. Ma dość wiecznie kłócących się dorastających córek, siedzenia w domu i podążania za ambicjami męża. To właśnie w Yorkshire poznaje ludzi, którzy są dla niej bardzo życzliwi, wręcz wyciągają do niej ręką z sercem na dłoni. Wydaje się, że to istna sielanka.  Ale oczywiście problemów też nie brakuje. Basi ciężko jest przystosować się do realiów panujących w Anglii, bariera językowa wydaje się nie do przeskoczenia. Jednakże, jak to bywa w bajkach, wszystko dobrze się kończy, a marzenia się spełniają. To wszystko składa się na przyjemną, relaksującą powieść zapewniającą chwile wytchnienia. I mimo mało zaskakującej fabuły, czyta się tę pozycję szybko i łatwo, niemalże jednym tchem.

Ogromnym minusem jest dla mnie epilog, który pokrótce streszcza dalsze losy bohaterki – autorka zdradza nam tym samym, co będzie w drugiej części. Psuje to frajdę odkrywania przyszłości i wydarzeń. Nie ma już takiego podniecenia w oczekiwaniu na kontynuację fabuły.

Natomiast  ciekawym pomysłem – aczkolwiek nie do końca zrealizowanym – są przemyślenia męża. Ubolewam jednak nad tym, że  jest ich niewiele, zostały jedynie zasygnalizowane, co sprawia, że giną w gąszczu damskich myśli. Zdecydowanie zabrakło mi wrażeń z męskiego punktu widzenia. Kobiece przemyślenia są bardzo szeroko przedstawione i bardzo prawdziwe. Niejedna kobieta przecież popada w depresję, nie radzi sobie z codziennością i wszechogarniającą rutyną. Targana emocjami podejmuje pochopne decyzje, by potem zatracić się w ich realizacji. Własne dobro stawia ponad dobro wszystkich członków rodziny. Egoizm, z którego potem ciężko  się wyzwolić, staje się widoczny i przysłania racjonalny odbiór faktów. I tutaj zdecydowanie brakuje reakcji ze strony męskiej, jak oni to odbierają, jak oni radzą sobie z całą sytuacją.

Mimo stereotypowego podejścia do sprawy kobiet, które sprowadzone są do roli matek, żon i gospodyń, odnajdziemy w tej powieści  także inne ich oblicza. W momentach kryzysowych kobiety potrafią zjednoczyć siły. W najbardziej tragicznym momencie swojego życia Basia – w obcym miejscu – może liczyć na pomoc zupełnie nieznajomej właścicielki pensjonatu, Charoll. To dzięki niej nabiera sił do życia, snuje nowe plany, które pozwolą jej zacząć wszystko od początku. Zawsze mogła na niej polegać. A kiedy tylko nadarzała się okazja  Basia wspierała Charoll w prowadzeniu pensjonatu. Ze swojej przyjaźni potrafiły czerpać obopólne korzyści, taki tandem budzi jedynie zazdrość u tych kobiet które nie potrafią zbudować tak silnych relacji.

I tym samym uświadamiamy sobie, że kobiety w trudnych momentach swojego życia potrafią być przedsiębiorcze, silne i brać los w swoje ręce.

Koniec końców jest to ciepła, sympatyczna książka, choć nie jest wolna od wad. Ale czy nasze życie takie nie jest? Pełne porażek i sukcesów, radości i kłopotów? To chyba wystarczająco dobry powód by sięgnąć po historię z życia wziętą. Pod warunkiem, że czytelnik nie ma wygórowanych oczekiwań. Jeśli te warunki są spełnione to będzie to gwarantem miłej rozrywki na duszne wieczory bądź monotonne godziny spędzane na plaży.

 

Ocena: 3,5/5

Recenzję możecie znaleźć również na (kliknij  w logo):

A koszmar ciągnie się dalej

Autorka: Viriginia C. Andrews
Tytuł: A jeśli ciernie
Wydawnictwo: Świat Książki
Wydane: wrzesień 2012

Serdecznie dziękuję za egzemplarz przedpremierowy wydawnictwu Świat Książki.
Recenzja przedpremierowa

Lata mijają, bohaterowie powieści się starzeją, a nowe pokolenia dorastają na naszych oczach. I tym razem historia przeklętej rodziny przyszpila i wypuszcza na wolność dopiero po przewróceniu ostatniej strony.  Ale co gorsza znowu pobudza apetyt na dalszą część sagi. Jestem jednak ukontentowana, bo przede mną jeszcze dwie kolejne części. Pozostaje mi jedynie czekać niecierpliwie na kontynuację.

Tym razem historię swojej rodziny opowiadają synowie Cathy Shieffield. Jory i Bart.  Znowu poznajemy bieg wydarzeń z perspektywy dzieci opowiedziany prostym, naiwnym językiem.  bardzo przypominającym sposób referowania opowieści z „Kwiatów na poddaszu”. Dzięki temu  wystarczy jeden duży kęs i książka zostaje połknięta na raz. Inna sprawa, że książka już nie wyciska z nas tylu emocji, nie sprawia, że nie możemy się otrząsnąć z przedstawionych faktów. Bo wiemy, co się wydarzyło i przeszłość „szatańskiego pomiotu” nie jest nam obca.  Z tego powodu jesteśmy już uodpornieni,  na to, co przeczytamy.  To trochę takie odgrzewanie kotletów, ale na świeżym oleju.  Gdyż ta powieść tylko wzbogaca naszą wiedzę, gdyż perspektywa poznania poszerza się sukcesywnie, a obraz staje się pełniejszy. Nie ma już włosów stających dęba, dreszczu emocji przebiegającego po naszych kręgosłupach. Jest  ciągle jednak zainteresowanie i chęć  poznania tego koszmaru z innej strony. A  co najważniejsze, autorka nadal utrzymuje czytelnika magiczną siłą przy kartach tej książki. Nie można się od niej wyzwolić. Ona po prostu uzależnia od siebie.

Koszmar ciągnący się przez lata trwa nadal i nie pozwala o sobie zapomnieć. Tym razem dotyka synów Cathy, która od lat walczy z chęcią zemsty na swojej matce. Cathy nie potrafi odpuścić, nie potrafi przebaczyć.  Poza tym wraz ze swoim bratem ukrywa  okrutną, bezwstydną tajemnicę rodzinną. I w takiej  atmosferze wrogości Chris i Cathy wychowują dzieci. Jednak kłamstawa i tajemnice zwykle mają krótkie nogi, a i prawda  zawsze wychodzi na jaw.  Więc nie zdziwi nikogo, że- w najmniej oczekiwanym momencie Bart i Jory- odkrywają szokującą prawdę, która powoli dewastuje ich dusze. Czy poradzą sobie z cieniem, który od lat kładzie się losach rodziny Dollangangerów?

Takie wolne i ponowne przeżuwanie całości wycisza akcję, ale taki zabieg rekompensuje nam  wybuchowe zakończenie, które eksploduje nagle czyniąc  tym samym spustoszenie w umysłach bohaterów i oczyszczając atmosferę. A to wszystko sprowadza się do odświeżenia historii i zapowiada coś nowego. Mam nadzieję, że moje przypuszczenia się sprawdzą.

Mimo swoich minusów czytało mi się „A jeśli ciernie” bardzo dobrze.  I chcę jeszcze. Może los najmłodszych z rodziny się odmieni i fatum wiszące nad rodziną ich opuści? Zatem serdecznie zapraszam do lektury.

Moja ocena: -5/6