Słodko- gorzka historia o chłopcu

„Był sobie chłopiec” to film stworzony na podstawie książki o tym samym tytule napisanej przez Nicka Hornby’ego. Popełniłam zbrodnię- niewybaczalną. Najpierw był film a potem będzie- jak dorwę – książka.
Niemniej jednak miłe filmidło. Trochę uśmiechu, trochę wzruszenia i fantastyczny brytyjski klimat.
Niezastąpiony Hugh Grant w roli amanta, który by umawiać się na randki udaje samotnego ojca, ubarwił historię.W wyniku wielu nieporozumień i kłamstw traci swoją szansę na miłość. Jednak oprzytomniał czy aby jednak nie  za późno?
Ciężko mi oddać na klawiaturze swoje wrażenia. Jedno wiem na pewno, nie jest to zwykła i banalna historia.  Porusza kwestie, nad którymi warto czasem się zastanowić: miłość, choroba rodziców i rozterki nieletniego dziecka.
Rzadko mam okazję oglądać  jakiś film, ale  ten seans zaliczam do udanych. Miła porcja kolorowych obrazów dla relaksu.

Reklamy

„Bo na miłość nigdy nie jest za późno”

Tytuł tego postu jest mottem przewodnim filmu, który właśnie skończyłam oglądać. Mam tu na myśli „Listy do Julii”. Tak, tak. To film o miłości- takiej przesłodzonej do granic możliwości. Ale w taki podły nastrój i parszywy dzień tylko to będzie odpowiednie.
„Listy do Julii” to nic oryginalnego. Motywy znane w filmach i literaturze. Młoda dziewczyna jest zaręczona, poznaje innego,  zakochuje się w nim. Zrywa z narzeczonym i zaczyna życie od nowa. W między czasie wpleciony jest wątek słonecznej Italii. Powiecie nic nadzwyczajnego. No nic. Łącznie z tym, że główna postać jest oczywiście blondynką, jak na komedię romantyczną przystało. Zero zaskoczenia, fabuła przewidywalna i oczywiście z happy endem.
Jednak jeśli masz ochotę na lekki, odmóżdżający film, który w zimowy wieczór zapewni Ci trochę ciepła, to proszę bardzo.  Ale nie oczekuj ambitnego kina, to film o słodkiej miłości, o której marzą kobiety.

Kolorowe „Służące” na ekranie

Poszłam za ciosem i wczoraj obejrzałam „Służące” na kolorowym ekranie zajadając się słodkościami, bo przecież święta.
Jako że byłam świeżo po lekturze, łatwiej było mi wyłapać różnice.  Nie chcę Wam opowiadać o czym był film i jakie różnice znalazłam, bo to nie jest żadna naukowa rozprawa. Chciałabym tylko podzielić się z Wami moim odczuciami.
Po pierwsze film oglądało mi się dobrze, równie dobrze jak czytało mi się książkę. Co było dla mnie nieoczekiwane to to, że  podobnie wyobrażałam sobie postaci. Rzadko mi się zdarza, żeby odczucia tego, co przeczytałam były zbieżne z filmem.
Tym razem „Służące” filmowe spełniły moje oczekiwania, które przed nimi postawiły moje wrażenia z książki. Obsada w pełni podołała zadaniu,  a reżyser historię Kathryn Stockett zaadaptował  całkiem zgrabnie. Ogólne wrażenie jest zdecydowanie bardzo podobne, nawet jednakowe, do tych książkowych (mimo różnic). Jednak to nie zmienia wiele. Film przekazuje nam to samo, co autorka chciała nam powiedzieć w swojej powieści; dowiadujemy się jakie życie wiodły kolorowe służące w stanie Missisipie w latach 60.
Hilly, jedna z postaci, drażniła mnie tak samo jak w książce. Tam gdzie książka mnie wzruszyła, podobnie podziałał na mnie kolorowy ekran. Książka nie była cukierkowa i ckliwa, film też nie był przesłodzony. Dla mnie wszystko było w sam raz i zapewne sięgnę po kolejne powieści tej pani, a jeśli na ich podstawie zostanie nakręcony film to również nie omieszkam go obejrzeć.
Jednym słowem obie pozycje polecam, bo zapewnią Wam przyjemne chwile.