„Uczeń” Hjorth i Rosenfeldt

Skandynawskie powieści kryminalne to niezobowiązujące historie, dzięki którym można przyjemnie spędzić kilka wolnych chwil. I w gruncie rzeczy nieważne jest, jak bardzo tego rodzaju książki bywają oklepane. Nieważne, że przecież zagadka zostanie rozwiązana pomyślnie i nie będzie w tym żadnego zaskoczenia. Istotne jest bowiem to, że fabuła wciąga i całkowicie pochłania, z żalem kończymy czytanie, bo chociaż po lekturze czujemy wielki niedosyt i jesteśmy żądni krwi, to niestety musimy pożegnać się z bohaterami, ocierając ukradkiem niejedną łzę.

A już na pewno z trudem  oderwiemy się od „Ucznia”, napisanego przez fenomenalny szwedzki duet (Michaela Hjortha i Hans Rosenfeldta) znany z powieści „Ciemne sekrety”, stanowiącej pierwszą część przygód o psychologu Sebastianie Bergmanie. Autorzy, jeśli raz zyskają sobie sympatię pożeraczy kryminałów, nie stracą już tak łatwo ich zaufania.

Dowodem  jest to, że po pewnej przerwie od przeczytania „Ciemnych sekretów” sięgnęłam po jej kontynuację z pewną dozą zaciekawienia i niecierpliwości. W sumie wiedziałam, czego mogę się spodziewać, ale nie sądziłam, że moje oczekiwania zostaną aż tak bardzo zaspokojone i książka w pełni mnie usatysfakcjonuje.

Tym razem autorzy zmienili trochę budowę fabuły, gdyż o tym, kto jest winny dowiadujemy się dużo wcześniej, co mimo wszystko nie wpływa negatywnie na przyjemność czytania. Na samym końcu uraczeni zostajemy scenami rodem z filmu sensacyjnego, które ogromnie trzymają w napięciu. Poza tym niektóre wątki nie zostają wyjaśnione, co zapewne jest sygnałem i zapowiedzią dalszego ciągu historii.

Wszystko to sprawia, że niespełna 600 stron stanowi nie lada gratkę dla mola książkowego. Wbrew pozorom czyta się tę powieść szybko, ba, nawet za szybko.  Co prawda, na początku można odnieść wrażenie, że wszystko bardzo się ślimaczy. Śledztwo stoi w miejscu, policja znana z wcześniejszego tomu błądzi po omacku i jeszcze wiele dzieli ją od znalezienia odpowiedzi na pojawiające się pytania, a mimo tego przewracamy kartki i gorączkowo wypatrujemy nagłego zwrotu akcji.

Nasze oczekiwanie zostanie nagrodzone z nawiązką. Posmakujemy zaskakujących zwrotów akcji, mrożących krew w żyłach morderstw. Będziemy świadkiem przemiany psychologa, który do tej pory nie wiedział, co to znaczy mieć skrupuły. A ponadto poznamy dalsze losy bohaterów, z którymi mieliśmy okazję nawiązać więź w poprzednim tomie. Mowa tutaj o niezastąpionej i chłodnej Ursuli, ambitnej Vaniji oraz dążącym do awansu Billu. Znowu będziemy mogli poczytać o ich życiu, bo kryminał bez tła społecznego w zasadzie nie miałby racji bytu. Zwyczajne sprawy w obliczu zbrodni są oznaką normalności, która pozwala odpocząć czytelnikowi od trudnych i ciężkich tematów.

Z całą pewnością „Ucznia” warto przeczytać. Jednak zanim postanowicie poznać Sebastiana Bergmana i szwedzką ekipę policyjną, przeczytajcie „Ciemne sekrety”, dzięki czemu  druga część będzie bardziej zrozumiała.
Ocena: 5/5

Recenzję możecie znaleźć również na (kliknij  w logo):

Reklamy

Pięcioro dzieci i coś- Edith Nesbit

Każdy ma chyba takie książki, do których chętnie powraca. Nierzadko są to właśnie te z dzieciństwa bądź z czasów szkolnych. Dzięki nim z rozrzewnieniem spoglądamy w naszą przeszłość i wspominamy chwile, kiedy to byliśmy piękni i  nieskażeni zmarszczkami. Warto czasem zrobić sobie taką podróż do czasów minionych i odświeżyć historie, po które z ogromną chęcią sięgaliśmy wiele lat temu. Z taką właśnie ochotą ponownie zagłębiłam się w lekturę autorstwa Edith Nesbit.  I z całą pewnością potwierdzam, że był to udany powrót do literatury dziecięcej.

Edith Nesbit to bowiem pisarka, która zapoczątkowała trend fantastyczny w książkach dla najmłodszych.  I bez wątpienia jej dzieła, mimo iż pisane w specyficzny sposób, odpowiedni i zrozumiały dla dzieci, zyskały sławę na całym świecie. „Pięcioro dzieci i coś to pozycja, którą  sama pamiętam z czasów młodości. Przed  oczami mam  kolorową okładkę, na samej górze widnieje czerwona wstęga z napisem „Klasyka”.  To słowo wcale mnie od tej pozycji nie odrzucało. A nawet przyznam szczerze, że jako dziecko pochłonęłam ją bardzo szybko, także i teraz przeczytanie jej nie trwało zbyt długo.

Powieści tej autorki zaliczane są do kanonu literatury klasycznej, bo są uniwersalne, uczą i bawią. Dzieci mają okazję poznać świat, pokochać literaturę i mieć możliwość posmakowania magii, fantastyki i nieprawdopodobnych przygód. A takie elementy tylko ubarwiają fabułę,  pozwalają na rozwijanie fantazji  u naszych pociech. Wszystko to sprawia, że bez trudu dziecko zżyje się z bohaterami i z przyjemnością powróci jeszcze do świata książek, niewykluczone, że zapragnie poznać pozostałe utwory tej pisarki.

„Pięcioro dzieci i coś” to  bezapelacyjnie wyśmienita pozycja, pełna niesamowitych przygód o rodzeństwie, które pewnego dnia, podczas zabaw, spotyka piaskowego duszka. Piaskoludek potrafi spełniać życzenia. Pięcioro dzieci: Antea, Janeczka, Robert, Cyryl i Baranek z zapałem zabiera się do wymyślania próśb, które stworek będzie musiał spełniać. Jednak każda zachcianka pociąga za sobą tragiczne skutki, których dzieci nie potrafią przewidzieć. Mimo trudnych przeżyć rodzeństwo nadal wykorzystuje duszka, prosząc o coraz to nowe rzeczy.

Chociaż dzieciaki spotyka wiele nieprzyjemnych chwil, to jednak wszystkie  przygody są bardzo pouczające dla samych bohaterów oraz małych czytelników, którzy dowiadują się, że pieniądze szczęścia nie dają, a uroda to nie wszystko. Posiadanie skrzydeł niczego nie ułatwia, a najbliżsi to największy skarb, jaki w życiu posiadamy. Ta powieść to zdecydowanie bezcenne źródło wartości, z którego należy czerpać pełnymi garściami.

Warto także wspomnieć, że Edith Nesbit w dość innowacyjny sposób prowadzi narrację. Każdy rozdział to osobna historia, która zazębia się z poprzednią, tworząc harmonijną całość. Autorka nie sili się na bycie nieomylną i wszechwiedzącą, bo jeśli czegoś nie wie, informuje o tym czytelnika. Często także wchodzi z nim w interakcję, bezpośrednio się do niego zwracając bądź zadając mu pytanie. To mobilizuje nasze pociechy do odnajdywania odpowiedzi na problemy postawione w opowieści przez pisarkę i zachęca do odkrywania i poszerzania swojej wiedzy oraz rozwiania wątpliwości, które w trakcie poznawania przygód niesfornego rodzeństwa mogą się pojawić.

Powody „zmuszające” do sięgnięcia po tę pozycję można mnożyć i mnożyć. Tu jednak nie trzeba mówić więcej, gdyż po prostu jest to godny polecenia tytuł. Spróbujcie zachęcić Waszych Milusińskich do przeczytania tej książki. Dobra zabawa gwarantowana.
Ocena:  5/5

 

Recenzję możecie znaleźć również na (kliknij  w logo):

‚Tutto bene” Manula Kalicka, Zbigniew Zawadzki

Jedzenie jest jak powietrze, bez którego nie można żyć. Niektórzy jeszcze nie mogą żyć bez kawy, inni bez słodyczy, a jeszcze inni bez książek, zwłaszcza kryminałów. Manula Kalicka i Zbigniew Zawadzki pokusili się o połączenie morderstw z włoską kuchnią, co może okazać się mieszanką wybuchową. Nie ma się co dziwić, że postawili na taki miks, skoro kryminały to gatunek, który ciągle ma się dobrze. A dodając do niego wątek kulinarny idealnie wpasowują się w trend obecnie panujący w Polsce.

Programy kulinarne, książki z jedzeniem w tle stają się coraz bardziej popularne i coraz szybciej znajdują swoich zwolenników, którzy z przyjemnością rozkoszują się potrawami, gdyż – inspirowani tym, co mieli okazję zobaczyć, czy przeczytać – poddają swoje podniebienia różnorodnym eksperymentom smakowym. Po lekturze „Tutto bene” mogą nabrać jeszcze ochoty na rozwiązywanie zagadek kryminalnych, a już w najgorszym (a może najlepszym) przypadku sięgną po kolejny kryminał, który totalnie ich wciągnie.

Tak, ta powieść wciąga, więc, jeśli zamierzacie być wyspani następnego dnia, to pod żadnym, ale to żadnym pozorem, nie czytajcie tej książki wieczorem. Bo nie będziecie się mogli tak łatwo od niej oderwać i z całą pewnością zarwiecie noc, chociaż w zacnym celu.

Na pewno nie zwiedziecie się, bo trupów w niej brakuje, a to zwykle przesądza o sukcesie tego gatunku. A co najważniejsze, autorzy umiejętnie ukrywają przed nami przestępcę, toteż przed czasem nie ujawniają za wiele. Dzięki temu możemy się w pełni rozkoszować zagadką, której nic w stanie nie jest zmącić.

Bez wątpienia w „Tutto bene” mamy do czynienia z bardzo ciekawą fabułą, w której odnajdziemy wątki obyczajowe, miłosne oraz mafijne, a nawet finansowe. Nie zabraknie także odrobiny smaków włoskich, jednak jest ich zdecydowanie za mało. Są one tylko niewielkim drobiazgiem, który zdecydowanie mógłby być bardziej rozbudowany.

Mimo to wątek kulinarny daje się zapamiętać głównie z powodu unoszącego się aromatu siekanej, zielonej pietruszki. Dla bohaterów gotowanie ma ogromne znaczenie i daje im mnóstwo satysfakcji, co może zmotywować i nas rozwijania sztuki kulinarnej i wypróbowania kilku przepisów na włoskie dania ze świeżą natką pietruszki.

Ponadto tytułowe „Tutto bene” to restauracja, gdzie cała historia się rozpoczyna. Rozpoczyna dość nieprzyjemnie, bo od dziwnego morderstwa, którego motywy są jedną wielką niewiadomą. Powoli jednak czytelnik odkrywa prawdę i ze zdziwieniem poznaje powiązania między wszystkimi bohaterami książki. Dziwne sploty wypadków i zgrabnie powiązane wątki dają nam całkiem przyjemny kryminał z życiem codziennym w tle.

Warto sięgnąć po tę pozycję, chociażby dlatego, że wisienką na torcie jest lekki, potoczny język, którym z łatwością autorzy docierają do czytelników. Bez problemu książkę można pochłonąć w dwa wieczory i spędzić przy tym kilka przyjemnych chwil, bo jest to bardzo dobre remedium na wszelkiego rodzaju smutki.

 

Ocena: 4/5

Recenzję możecie znaleźć również na (kliknij  w logo):